Której malo­wały się

Której malo­wały się

Której malo­wały się na przemian zdumienie i niedowierzanie, nie zmieniła wyrazu. Walter zaniepokoił się: — Lischen, co tobie? Nie odpowiadała. Patrzyła przed siebie nierucho­mo, w jej oczach malowała się groza. ...Pies w skoku. Psy, dziesiątki i setki psów. Takich samych jak ten i innych. ,,Hundesstaffeln\". Maszerują w szeregach jak żołnierze, to znowu jak strażnicy trzód zaganiają stada dwunożnych stworów zdradzających dziwne i odrażające zarazem podobieństwo do ludzi. Psy... I droga, jak z koszmarnego snu, nie przypomina­jąca żadnych innych dróg, zamknięta pośród drutów, znaczona sagami drewna, a na niej ludzie, wytworni jak ci tutaj pasażerowie „Hamburga\". Bezładnym tłumem suną wzdłuż ślepego toru, który tu oznacza dosłownie ślepy tor, dosłownie kres, coraz bliżej ku czerwonemu budynkowi z graniastym kominem. Sy­pialne wagony, choć już puste, cuchną jeszcze. I psy... Takie jak ten i inne. Karetka z czerwonym krzyżem, uganiająca tam i z powrotem po tej dziwnej drodze, kupy bezładnie zwalonych ubrań, wózki dziecięce, ogromna ilość wózków, fotografie, po których się depcze nie wyczuwając pod grubą warstwą rozmiękłej ziemi, i znowu tłum nagi i ohydny przed czerwonym budynkiem, a poza nim druty rozpięte na białych słupach, zakrzywionych jak szpony nad dachami, któ­re nie są dachami domów. Przed nimi klęczące stwory w biało-niebieskie pasy i orkiestra. Młodziutka śpie­waczka zachłystuje się zadziorną piosenką: „Ich brauche keine Milionen, mir fehlt kein Pfennig zum Gluck\"... I ręce, szybko, szybko podstawiane, jedno ramię za drugim, na którym kropka po kropce wyska­kują cyfry... Walter ściskał mocno przegub jej dłoni: Co ci jest, Lischen, na miłość boską! Nic, Walterze... już nic. Już nic? Nastraszyłaś mnie. Wyglądałaś jakby... Nienawidzę psów! Po prostu nie znoszę psów! — wybuchła histerycznie, opadając na najbliższy leżak. Nie znosisz psów? — Walter był szczerze zdzi­wiony. — Nic o tym nie wiedziałem. Nigdy mi nic nie mówiłaś! Obiad dobiegał końca. To był świetny obiad i Wal­ter, który cenił dobry stół, wpadł w humor wręcz znakomity. Delektował się każdą potrawą, omawiając ją we właściwy sobie, parodystycznie rubaszny spo­sób. Nie od razu też zauważył, że Liza prawie nie odpowiada i je niewiele, a zauważywszy, okazał tro­chę niezadowolone zdziwienie. Czyżby nie odpowia­dała jej kuchnia? Była to wszak autentyczna niemiecka kuchnia w najlepszym wydaniu, w swej szczytowej formie, i doprawdy on, który się przecież na tym zna, nie znajdował, co by tu skrytykować. Na szczęście wyjaśniło się, że to tylko ból głowy pozbawił Lizę apetytu i humoru. Z tego też jedynie powodu nie zgodziła się na zaproszenie do ich stołu nowego zna­jomego Waltera, co miał jej po trosze za złe. Był to bowiem równy chłopak, tak go scharakteryzował, i bardzo się do nich garnął. Teraz jednakże rozumiał, że nie był to kaprys, jakieś kobiece fochy, których, ona to wie, bardzo nie lubił i które na szczęście były obce jej charakterowi. Jasne, że samopoczucie jest rzeczą istotną, nie należy tego lekceważyć, nawet je­żeli w grę wchodzą tylko nieobowiązujące stosunki towarzyskie. Dobrze się zatem stało, że „Johnny\" — Walter pozwolił sobie na to dobrodusznie kpiarskie przezwisko, które przylgnęło do Amerykanów w la­tach powojennych — pozna jego żonę wtedy, gdy bę­dzie ona w swej zwykłej, tak przez wszystkich podzi­wianej formie. Po obiedzie Liza zażyje tabletkę antymigrenową, położy się na godzinkę, gdy tymcza­sem on zagra sobie z „Johnnym\" w tenisa. A potem, skoro będzie się już dobrze czuła, pójdą z nim razem na ,,five\". Czy Liza ten program akceptuje? Oczywiście, akceptowała go i była wdzięczna mężo­wi, że zrozumiał jej obiekcje. Bo kiedy kobieta wie, że wygląda nie najlepiej...

Poprzedni - Był to uśmiech
Następny - Kiedy czuje się

Strony pokrewne